27.2.17

Roczniki gwiazdowe

Tu, za horyzontem zdarzeń, tyle się dzieje, że nie sposób objąć tego i w słowa przeklikać.

Nie nauczyłam Większej czytać. Bardzo chciałam! Planowałam przygotowanie materiałów, obmyślałam, jak i kiedy wcisnąć tę naukę w ramowy program dnia. Tymczasem w połowie stycznia okazało się, że Większa już się czytać nauczyła. Wieczorami Największa poduczyła ją jeszcze samogłosek nosowych i już - czytanie odhaczone.

Owszem, trenujemy jeszcze dwuznaki. Owszem, zamienia jeszcze czasem sylaby otwarte w zamknięte lub odwrotnie, ale czyta, samodzielnie czyta.

A mi pozostał zapał. Bo jak to, miałam uczyć dziecko czytania? Miałam. Nastawiłam się, w cierpliwość uzbroiłam i w ogóle. Z braku laku zaczęłam więc uczyć Wielką.

Największa nauczyła się czytać w okolicy piątych urodzin (teraz nie tylko czyta sobie, płynnie, z intonacją i odpowiednim głosu zabarwieniem, ale na dodatek proponuje siostrom, że im poczyta. I to wszystko jak leci, poezję, prozę i etykiety na produktach spożywczych w Biedronce).
Większa ruszyła z czytaniem dwa tygodnie po czwartych urodzinach. Doszłam więc do wniosku, że nie ma czegoś takiego, jak zbyt wczesna nauka czytania. Dziecko chce? Chce. To startujemy.

Wielka uwielbia samogłoski. Gdy starsze siostry zasiadają na kanapie z książkami, sama przynosi pierwszy zeszyt z serii "Kocham czytać" i prosi o wspólne czytanie. Jest wzorową uczennicą! Uważnie słucha, dokładnie powtarza, obserwuje ułożenie moich ust i obrazki w zeszycie. Wygląda na to, że szybciej zacznie czytać niż mówić.

Tymczasem jesteśmy po całym miesiącu chorowania na paskudnego rota (to jeszcze w grudniu), Świętach o chlebie, wodzie i kleiku, chrzcinach (to Wielka), operacji oczu (to ja), dwóch dobach na OIOM-ie (to mąż), diagnozie SI (to Największa), trzech szczepieniach i bilansie czterolatka, USG brzuszka Większej, ustaleniu terminu operacji oczu Największej i konsultacjach w poradni Psych-Ped do nauczania domowego.

Wdrażamy nową dietę niskotłuszczowo-cukrzycowo-śródziemnomorską, żebym nie została zbyt szybko wdową.
Wdrażamy nową terapię logopedyczną (fenomenalną, działa cuda!).
Wdrażamy terapię zaburzeń SI.
Latamy na gimnastykę korekcyjną z Większą i Największą.
Ogarniamy wszystkie zaległe wizyty lekarskie. Zawsze mamy ich mnóstwo, bo zawsze jest ich mnóstwo.
Nocami piekę chleb i czytam "Spektrum" oraz poradniki SI i Self-Reg.
Codziennie, lub prawie, ćwiczymy stopy, kolana, napięcie brzucha i pleców, motorykę małą i dużą, gimnastykę buzi i języka, czytanie i oczy.

Olałam zadania od ortodontki, bo nie zmieściły się w grafiku. I pomyśleć, że w sumie to mam zdrowe dzieci.

W chwilach tzw. wolnych (jak dla kogo) Największa ciśnie matematykę, Większa robi kolaże z kotami, a Wielka tańczy, nucąc "Zielony mosteczek" lub "Poszła Karolinka do Gogolina".

- Mamo, a czy czarna dziura może wciągnąć inną czarną dziurę?
- Czy czarne dziury zawsze wirują?
- Czy możemy uczyć się angielskiego? Bardzo byśmy chciały. Angielski to będzie pierwszy język, którego się nauczę. Potem chyba hiszpański, bo już go trochę umiem, a na końcu niemiecki.
- A wiesz, 4 razy 6 to 24.

Wyrugowałyśmy z programu dnia bajki, zastępując je sporadycznie oglądanym filmem przyrodniczym, podróżniczym lub popularnonaukowym. I zrobiło się strasznie.

- Zobacz, żubr!
- Nie, no coś ty! To bawół! Przecież żubry zupełnie inaczej wyglądają...
- Większa, słuchaj, ty będziesz dzikim koniem, a ja i Wielka watahą wilków i będziemy cię gonić, dobra?

A rano budzą mnie trwożne nawoływania:
- Większa, chodź szybko! Mam poważna kłopotę! Wielka zrobiła siku na talerz!
Oby wszystkie nasze poważne kłopoty były tego rzędu!


3.1.17

Pięć minusów nauki wczesnego czytania, o których nie przeczytasz w poradnikach logopedycznych

Lawinowo wzrasta ilość trudnych pytań. "Mamo, a co to znaczy poeci wyklęci?" Albo. "Uran to ostatnia planeta, która możemy oglądać bez teleskopu, prawda, mamo?"

Dziecko zaczyna grozić. "Jak będę miała 6 lat, to będę już czytać wszystkie twoje książki".

Głuchnie na wszelkie nawoływania, bo bez przerwy siedzi z nosem w lekturze.

Wieczorny rytuał pójścia spać przeciąga się do plus nieskończoność... "Jeszcze tylko przeczytam sobie "Chodzi mucha po globusie". Czterdzieści stron później: "A mogę jeszcze jedną książkę przeczytać?"

Skoro czyta, to i pisze, na przykład donosy na siostrę, które znajdujesz rano na stole w kuchni. "MAMO WIĘKSZA MNIE UGRYZŁA ALE JUŻ PRZEPROSIŁA"

Z czytającą pięciolatką nie ma lekko. Choć z drugiej strony...

Zabawi wierszykami Wielką. Pouczy sylab Większą. Sama przeczyta sobie polecenia z elementarza matematycznego. Przygotuje listę zakupów. Odczyta informacje z tablicy ogłoszeniowej, gdy matki oczy już nie te. Przy okazji tego wszystkiego podniesie sobie samoocenę. No i nie jęczy "Poczytaj mi, mamo..." trzysta razy dziennie.

Czyli jak zawsze. Są plusy dodatnie i plusy ujemne. A teraz trza zakasać rękawy i brać się za naukę czytania Większej.

8.12.16

Home sweet home

Jak bum cyk cyk, próbowaliśmy.

Próbowaliśmy wpleść się jakoś w te wszystkie normy państwowej placówki edukacyjnej.

Wzorowo wysiadywałam wywiadówki, malowałam kartki na święta, nigdy nie zalegałam z wyprawkowymi chustkami nawilżanymi, nie przyprowadzałam dzieci z katarem i odbierałam je o ustalonych porach. Stawiałam się na wszystkich apelach i rozkręcałam, w przebraniu wróżki, bal karnawałowy.

Dziewczynki też robiły, co mogły. Leżały plackiem na każdym leżakowaniu, choć nigdy na nim nie zasnęły. Odkapywały wodę po umyciu rąk. Największa pozwalała smarować sobie paznokcie gorzkim żelem, Większa pokornie przyjmowała łajanie, gdy zdarzyła jej się toaletowa wpadka. Siadały, gdzie usadzono, stawały, gdzie ustawiono, śpiewały i tańczyły, klaskaniem mając obrzękłe prawice.

Placówka, nie powiem, trzymała poziom. Nie podawano mortadeli na śniadania. Nie nagradzano sprzątania zabawek słodyczami. Nikt nie miał wszawicy. Przy posiłkach darto się na dzieci w granicach przedszkolnej normy. Panie niepytane nie narzekały (niestety ja lubiłam pytać). A gdy pojawiły się problemy z agresją jednego z podopiecznych, problemy naprawdę poważne, już po dwóch miesiącach nabierania wody w usta zwołano nadzwyczajne zebranie...

(Na którym dyrekcja m.in. uprzejmie przekonywała, jak to niebywale dobrze, że dzieci zaczęły przeklinać w wieku trzech lat, póki autorytetem rodzica i wspólnymi rozmowami można ten problem rozwiązać, bo gdyby rynsztokowe słownictwo pojawiło się dziesięć lat później, oj, to już ręka, noga, mózg na ścianie).

Więc niby było dobrze. Dzieci zdobywały umiejętności nieocenione w dorosłym życiu, jak choćby doklejane się plecami do ściany publicznej łazienki w oczekiwaniu na swoją kolej. Albo ustawianie kubka z piciem w centralnym miejscu nad talerzykiem, z powodu, że pani tak każe. Obchodziły także ważne święta: Dzień Pluszowego Misia, Urodziny Marchewki...

I już wszystko było zaplanowane, że we wrześniu kroimy Największej migdałki, a miesiąc później dzieci wracają na placówki łono, gdy na dwa dni przed operacją zagadnęłam męża:
- Słuchaj, od roku mam wątpliwości... Może już wystarczy?
- No, ja je mam od pierwszego dnia - odparł mój dobry mąż.
- Jak to? Czemu nic nie mówiłeś?
- Widziałem, jak się cieszysz, że będziesz miała trochę więcej czasu, gdy dziewczynki będą w przedszkolu...
- Czyli co? Wpisujemy dzieci z przedszkola.
- Yep.

I stała się jasność.

22.11.16

Słoneczna burza (mózgów)

Wielka zaiwaniła Największej naklejki z ramy łóżka.
- O, nie! Zginął Mars! Jak ja teraz na niego polecę? - pomstowała pokrzywdzona.
Na szczęście znalazłyśmy go za łóżkiem Większej. Leżał sobie spokojnie obok Neptuna i Urana. Największa przykleiła planety na łóżko, chwilę dłużej przyglądając się dwóm ostatnim.
- Może kiedyś na nie też polecę, ale dopiero, jeśli zrobi się tam trochę cieplej... - westchnęła z rozmarzeniem.

***
Większa biegała po domu. Na głowie miała koronę, na plecach skrzydła motyla. W ręku czerwony flet. Do tego sukienka w misie pandy.
- Mamo - zagaiła, przelatując obok mnie - jestem teraz wróżką. Zobacz, to moja różdżka - wskazała flet. - Uratuję nim planety, żeby wielka dziura ich nie wciągnęła.
Kosmosie, bądź spokojny. Większa czuwa.

***
- Mamo, a jak sądzisz, gdzie we wszechświecie jest fajniej, niż na naszej planecie?
- Nie wiem. Nigdy nie byłam nigdzie poza Ziemią.
- No co ty? Nigdy nie byłaś w kosmosie???

***
- Wiesz, mamo, naukowcy mówią, że Pluton jest planetoidą, a nie planetą, ale ja sądzę, że oni jeszcze do końca tego nie wiedzą tak na pewno...

15.11.16

Panta rhei

Nie mam czasu na przeszłość.

Zachorowaliśmy.
Wyzdrowieliśmy.
Wycięliśmy Największej migdałki.
Doszliśmy po tym do siebie.
I zaplanowaliśmy jej dwie kolejne operacje.
Wypisaliśmy dzieci z przedszkola.
Ułożyliśmy życie na nowo, bez państwowych placówek.
Największa zdmuchnęła pięć świeczek na torcie i zaczęła samodzielnie czytać.
Więc Większa zapragnęła nauczyć się czytać tak jak siostra...
A Wielka przeżywa dwutygodniowy skok rozwojowy - już nawet trudno mi wymienić rzeczy, które w tym czasie nauczyła się robić/ mówić/ układać.

Tak wyglądają ostatnie trzy miesiące w spokojnej rodzinie patologicznej. W skrócie.
Zaś jeśli chodzi o szczegóły...

Oczywiście choróbsko przyplątało się do nas tuż-tuż przed okresem kwarantanny przedoperacyjnej i odpuściło dopiero po dwóch antybiotykach, dwóch kilo czosnku, dwóch tonach imbiru i dwóch basenach wody hipertonicznej. Zdążyliśmy się wyleczyć w ostatniej chwili, ale i tak, na wszelki wypadek, zabrałam do szpitala syrop przeciwkaszlowy i chyłkiem, zza pazuchy, popijałam go sobie z gwinta. Co prawda kaszel przeszedł mi tydzień wcześniej, ale bałam się, że po nocy nieprzespanej na zimnej, szpitalnej podłodze przy łóżeczku Największej - wróci.

Najtrudniejsze było niejedzenie.

36 godzin bez posiłku to dla dziecka z 97 centyla nie lata tortura. Zaczęła dopominać się posiłku na godzinę przed operacją. Dwie godziny po niej, jeszcze w malignie, powtarzała tylko "Mamo, jestem głodna" i "Mamo, zapytaj panią pielęgniarkę, czy już mogę coś zjeść"... Do wieczora zapytała o to tak z 54 razy, średnio co 10 minut. Gdy więc NASTĘPNEGO DNIA RANO  pozwolono jej, po badaniu lekarskim, na śniadanie, wyjadła z talerza wszystko, do ostatniego okruszka. A potem poprawiła bananem. I jeszcze drugim. Oraz biszkoptowym ciasteczkiem. Później zrobiła małą odjedzeniową przerwę, w trakcie której wróciłyśmy do domu, i zasiadła do drugiego śniadania. Na obiad wrąbała rosół i mielonego z frytkami.

Gdy powiedziała siostrze, że nie jadła nic przez dwie noce i cały dzień, Większa aż się popłakała. Wielki Głód był zresztą dominującym wspomnieniem z operacji. Największa opowiadała o nim każdemu, kogo spotkała - dzieciakom na podwórku, rodzicom dzieciaków, pracownikom pobliskiej restauracji, listonoszowi i dostawcy pizzy, pani w spożywczaku i ludziom w autobusie. A przegadawszy tę traumę, oświadczyła hardo, że owszem, zgadza się na kolejne operacje, ale tylko pod warunkiem, że będzie mogła po nich jeść.

Sam zabieg przeżyła fantastycznie. Jadąc na salę operacyjną śmiała się, że pędzi tak szybko, jakby łóżko było rakietą. Gdy leżała pod kroplówkami, spokojnie mówiła, że przez te rurki płynie jedzenie, bo motylek-wenflon jest głodny.

Tydzień pooperacyjny był bardzo ciężki - dla mnie. Ileż to się naprosiłam, żeby nie skakała po kanapie, nie robiła fikołków, nie biegała po domu, że musi odpoczywać (bo krwotoki! krwotoki!). Daremne żale, próżny trud...

Na szczęście Największa zaczęła czytać. Gdy więc poziom szaleństwa przekraczał dopuszczalne pooperacyjne normy, podsuwałam jej książkę.

Z tym czytaniem to dziwna sprawa. Zaczęłyśmy naukę dwa lata temu. Szło nam... powoli (o czym napiszę w osobnym poście), aż do tego lata, kiedy to Największa nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, zaczęła sama łączyć wszystkie poznane wcześniej sylaby w słowa, a słowa w zdania. I jakoś tak wyszło, sama nie wiem kiedy, że mi się dziecko nauczyło czytać.

Tym bardziej więc się cieszę, że wypisaliśmy ją z przedszkola, bo, powiedzmy to szczerze, psuło nam to przedszkole mnóstwo rzeczy. Kij tam, że dziewczyny znosiły do domu rynsztokowe słownictwo i takież same zachowania. Placówka edukacyjne psuła nam edukację! Ale to też temat na osobny post. Który za chwilę.

12.10.16

Historia windowa

A potem poznałyśmy nowego sąsiada.

Wielka, Większa i Największa, które przyjęły z zupełną obojętnością skośne oczka małego Kim Dzong Una oraz dziwny akcent carycy Aleksandry, nowym sąsiadem zafascynowały się aż po kokardę. Był on bowiem, jak to pięknie ujął Sienkiewicz w Potopie, czarny jak mateńka noc.

I cóż, że odbyłyśmy wcześniej trzy miliardy pogadanek pedagogiczno-oświeceniowych na temat kolorów skóry, kształtów oczu i nosa, a nawet języka miast i wsi. Kiwały głowami, dopytywały, oglądały zdjęcia w googlach i obrazki w Kronikach. A jednak gdy widziały sąsiada, stawały jak wryte i wołały: "Mamo, patrz jaki Murzynek!".

"Murzynek" miał notabene ponad dwa metry wzrostu.

Póki całe to wytykanie palcami odbywało się z dystansu, nie było jeszcze tak źle. Zagarniałam dzieci, niczym kacza mama skrzydłem, w jakieś ustronne miejsce i po raz enty obgadywałyśmy to i owo.

Aż raz napatoczyłyśmy się na sąsiada przy windzie. My miałyśmy wysiadać, on chciał wsiąść, ale Większa stanęła jak wryta w drzwiach i, korzystając z niebywałej okazji, niespiesznie zlustrowała sobie sąsiada od stóp do głów. Po czym zapytała:

- Mamo, a dlaczego ten pan ma taki... - tu teatralnie zawiesiła głos, bym chwilę dłużej mogła się rumienić ze wstydu, po czym dokończyła - tatuaż na ręce?


9.10.16

Powrót Jedi

Tyle było dni do utraty sił, do utraty tchu tyle było chwil. Bo najpierw ta przeprowadzka...

To było jakoś między jedną a druga falą wakacyjnych upałów. W poniedziałek, tak trochę przypadkiem, oglądaliśmy nowe mieszkanie, w środę znosiliśmy do niego nasz dobytek.

I nadal nie wiem, jak to możliwe, że ośmiodniowy wyjazd na wakacje planowałam przez kilka tygodni, a niespodziewane przeniesienie całego domu zajęło mi 5 dni.

1/3 dobytku przewiozłam, niczym kloszard, na wózku Wielkiej, 1/3 przepchaliśmy wózkiem do rozładunku towaru, pożyczonym z pobliskiego spożywczaka. Pozostałą 1/3 przytachaliśmy na własnych plecach.

Daleko tachać nie musieliśmy - ot, wszystkiego będzie ze 200 stóp, ale i tak nasze stare kości trzeszczały i skrzypiały, gdyśmy transportowali kufry, szafy i skrzynie.

W drugim dniu noszenia, gdy ubrania, porcelana, stół, łóżka i krzesła były już w nowym lokum, Największa dostała gorączki.

Podeszłam do tego po angielsku, bo i cóż było robić. Gdy temperatura spadała do 38., Największa ożywała. Pakowałam wtedy kolejną porcję gratów na wózek i szłyśmy do nowego domu. Ja rozpakowywałam, ona bawiła się w już-prawie-urządzonym-pokoju-dziecięcym. Gdy gorączka wracała, kładłam Największą na moim łóżku, z paracetamolem w brzuchu i okładem na głowie, i rozpakowywałam manatki do końca, by na koniec, w pustym już wózku, zawieźć chorą do starego domu.

Po czterech dniach przeprowadzka się skończyła, a gorączka minęła. Największa na nowo odkryła w sobie nieprzebrane pokłady energii, a ja odgrzebałam stary dobry przepis na kawę z colą.

A potem...